Amaderm kremy do skóry suchej i wrażliwej

Amaderm kremy do skóry suchej i wrażliwej

Kilka tygodni temu w ramach współpracy z portalem Sukces jest kobietą, otrzymałam zestaw kosmetyków do suchej skóry marki Amaderm. Wśród produktów znalazły się kremy do: twarzy, ciała i stóp oraz balsam nawilżający do ciała. Każdy z kosmetyków przeznaczony jest do skóry wrażliwej, wymagającej i skłonnej do alergii.  
Akurat moja skóra nie jest zbyt wymagająca, jednak w niektórych miejscach jest dość sucha, zwłaszcza na stopach, dlatego bardzo ucieszyłam się z przesyłki. 
Produkty mieszczą się w plastikowych tubkach, przez co są wygodne w użyciu. Nie wylewają się, a ich aplikacja jest bezproblemowa i higieniczna. Szata graficzna opakowań jest minimalistyczna, różniąca się jedynie kolorami poszczególnych kosmetyków. Zapach kosmetyków jest dość dziwny, mi trochę przeszkadza i gryzie w nos. Jednak dość szybko się ulatnia. Producent twierdzi, że produkty są bezwonne, ale ja się z nim nie zgodzę. Konsystencja jest bardzo gęsta, lecz jeśli nałożymy cieniutką warstwę kremu na ciało, szybko się wchłania. Pomimo dużej gęstości, kosmetyki są stosunkowo wydajne. Jeśli chodzi o działanie kremów, póki co mogę jedynie polecić krem regenerująco-złuszczający UREA 30% (w czerwonej tubce). Dobrze nawilża popękane pięty, zmiękczając i wygładzając skórę. Co do pozostałych produktów, nie mogę się jeszcze wypowiedzieć, gdyż stosuje je za krótko, ale obiecuję wzmianka o nich pojawi się na Instagramie. Na chwilę obecną mogę stwierdzić, że te produkty idealne nadają się na sezon jesień/zima. Dobrze chronią przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi i innymi czynnikami zewnętrznymi. 
Preparat intensywnie i długotrwałe nawilżający, przeznaczony do suchej skóry twarzy. Zaleca się stosowanie go przy suchości skóry o różnorodnym podłożu, od czynników genetycznych po suchość wywołaną czynnikami atmosferycznymi. Ponadto krem AMADERM UREA 5% skutecznie łagodzi podrażnienia powstałe w wyniku terapii i zabiegów dermokosmetycznych, powodujących podrażnienia czy wysuszenie skóry. Badania aplikacyjne potwierdzają, że AMADERM Krem nawilżający UREA 5% nie wywołuje żadnych podrażnień, nawet w przypadku skóry bardzo wrażliwej, skłonnej do alergii. Stosowany regularnie wpływa na długotrwałe nawilżenie i pobycie się uczucia dyskomfortu – pieczenia, swędzenia, podrażnienia.

Przeznaczony jest do pielęgnacji suchej, szorstkiej skóry skłonnej łuszczenia się. Chroni dłonie, łokcie i kolana przed odwodnieniem i wysuszeniem wywołanymi czynnikami zewnętrznymi, genetycznymi lub związanymi z terapiami dermokosmetycznymi. AMADERM UREA 15% nawilża i regeneruje szorstką skórę, nie wywołując przy tym podrażnień nawet w przypadku skóry wyjątkowo wrażliwej i alergicznej. Kosmetyki są bezpieczne nawet dla cery skłonnej do podrażnień i alergii. Nie zawierają parabenów ani produktów ropopochodnych. Krem nie posiada zapachu, barwników, nie powoduje żadnych reakcji alergicznych. Może być stosowany zarówno do codziennej ochrony skóry suchej, jak i podczas różnego rodzaju terapii, zabiegów powodujących wysuszenie czy podrażnienie skóry.
Preparat stworzony do pielęgnacji szorstkiej, suchej skóry stóp ze skłonnością do pękania oraz nadmiernego rogowacenia. Niweluje objawy suchości skóry i zrogowaciały naskórek wywołane czynnikami genetycznymi, atmosferycznymi, a także związanymi z zabiegami dermokosmetycznymi. Nie powoduje żadnych podrażnień nawet u osób ze skórą bardzo wrażliwą lub skłonną do reakcji alergicznych. Stosowany regularnie pozwala pozbyć się suchej, łuszczącej się skóry, a także zniwelować pęknięcia na piętach i uelastycznić skórę.
Preparat przeznaczony do suchej, szorstkiej skóry całego ciała osób dorosłych. Zaleca się stosowanie go przy suchości skóry o różnorodnym podłożu – genetycznym, wywołanym czynnikami zewnętrznymi lub terapiami dermokosmetycznymi. Receptura balsamu została skomponowana wyłącznie z naturalnych składników z myślą o wrażliwej, podatnej na alergie skórze. Hipoalergiczny charakter produktu potwierdzają badania aplikacyjne.
Dekoracje - Rosegal

Stosujecie tego typu kosmetyki? Napiszcie w komentarzach co o nich sądzicie.

Moi drodzy, jeszcze raz zachęcam do głosowania. Weekend w SPA czeka na kogoś z Was - Plebiscyt - TESTERKA SUKCESU

Do następnego! 
Moja kolekcja różowych szminek, pomadek i błyszczyków

Moja kolekcja różowych szminek, pomadek i błyszczyków

Moja kolekcja kosmetyków do malowania ust wbrew pozorom wcale nie jest duża, a więc maniaczką szminek nie mogę się nazwać. Jednak maniaczką różowego koloru już tak. Z wielką chęcią sprawdzam każdy odcień różu dostępny wśród produktów do ust. Chociaż ostatnio do moich ulubieńców trafił również modny, ciepły odcień nude, który pięknie współgra z moją cerą (przynajmniej tak mi się wydaje:)
Kolorówki do ust są przyjacielem chyba każdej kobiety. Jedne wolą naturalne, drugie wolą gdy kolor jest bardzo intensywny. Jedne wybierają szminki, a inne błyszczyki.

Według mnie najlepsze są matowe pomadki w płynie, które były hitem minionego roku. Uwielbiam je przede wszystkim za efekt końcowy jaki pozostawiają na ustach oraz ich trwałość.
Szminki w sztyfcie są dla mnie świetnym rozwiązaniem do pracy, oczywiście te w bezpiecznych kolorach, czyli nie za ciemne, nie za jasne - po prostu nie rzucające się w oczy.
Błyszczyki... mogłyby dla mnie nie istnieć. Na ich zakup decyduję się bardzo rzadko. Nie lubię, gdy lepią się na ustach. Sądzę, że są dobrym rozwiązaniem jedynie jesienią i zimą, kiedy to mogą ochronić usta przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi...

MATOWE POMADKI
Osoby obserwujące mój blog, dobrze wiedzą, że jestem wierną fanką matowych pomadek Golden Rose. Lubię jednak próbować nowości, a do nich mogę zaliczyć pomadkę Freedom Makeup, która fantastycznie prezentuje się na ustach (co widać na pierwszym zdjęciu). Jest gęsta, kremowa i dobrze się nakłada. Nie jest jednak tak trwała jak się spodziewałam. Na dłuższą imprezę raczej się nie nadaje.

SZMINKI I KREDKI
O kredkach i pomadkach Golden Rose pisałam już tutaj
Nie przypadkowo na pierwszym miejscu nałożyłam szminkę Maybelline Rose Rush Matte 940. Ze wszystkich szminek, to właśnie ona stała się moim numerem jeden. Kosmetyk dostałam na spotkaniu blogerek w Krakowie jako prezent niespodzianka. Gdy zobaczyłam kolor, od razu wiedziałam, że go polubię. Piękny, nietypowy róż o kremowej konsystencji, który fantastycznie rozprowadza się na ustach. Dodatkowym atutem szminki jest zapach i trwałość. 
Kolejnym moim faworytem jest szminka powiększająca usta 3D UPTOWN PINK, którą zamówiłam rok temu w Avonie. Za co ją lubię? Przede wszystkim za to, że jest dobrze napigmentowana. Z chęcią używam jej codziennie malując się do pracy.
Na mojej dłoni kolejno widzicie naturalną szminkę Lily Lolo Couleur Caramelo których już wcześniej pisałam na blogu. 
Ostatnią szminkę, którą Wam prezentuję, zakupiłam kiedyś w Rossmannie, ale niestety nie wiem jaki to numer, ani firma. Ma jednak piękny koralowy odcień i ładny zapach. 
W mojej małej kolekcji szminek znajdują się jeszcze: różowa szminka Makeup Revolution, której numeru nie znam oraz Freedom Makeup 13 Whispers. Niestety na obu troszku się zawiodłam. Są słabo napigmentowane, ciężko się je nakłada i szybko znikają z ust. 

BŁYSZCZYKI
Na koniec zostawiłam błyszczyki. Tak jak wspominałam na początku, używam je sporadycznie. W zasadzie mogłabym wcale ich nie stosować. Ale z kosmetykami mam już tak, że lubię dawać im szansę :) Zobaczymy jak się sprawdzą zimą. Jeżeli któryś z nich polubię, z pewnością opowiem o nim na blogu. 

A jak to jest u Was? Napiszcie w komentarzach czy macie swoich ulubieńców wśród produktów do ust. U mnie to zdecydowanie pomadki Golden Rose. 

Do następnego! 
Opalanie jesienią - olejek brązujący Lirene czy warto?

Opalanie jesienią - olejek brązujący Lirene czy warto?

Dzisiaj dawno zapowiedziany i długo wyczekiwany (przez niektórych) post z mgiełką brązującą Lirene. Miałam go dodać w połowie wakacji, jednak stwierdziłam, że taka recenzja bardziej przyda się jesienią, kiedy to słoneczko coraz częściej chowa się za chmurami. 

Jak już dobrze wiecie, uwielbiam się opalać, a moja ciemniejsza karnacja to zdecydowanie upraszcza. Kilka godzin na słoneczku i moje ciało od razu nabiera koloru. Nie lubię jednak sztucznej opalenizny. Nigdy nie byłam w solarium i raczej nie zamierzam. Uważam, że jest to pierwszy krok do choroby skóry. Nie twierdzę też, że promienie słoneczne są zdrowe, dlatego gdy decyduję się już na opalanie, to nie spędzam na słońcu całego dnia. Staram się również chronić skórę w każdy możliwy sposób, o czym pisałam tutaj. Dla mnie opalanie to przede wszystkim odpoczynek i relaks. 
Rzadko też sięgam po różnego rodzaju balsamy samoopalające. W zasadzie to raz w życiu taki kupiłam, głównie po to by moja twarz nie była "blada jak ściana", ale nic to nie pomogło. Olejek brązujący Lirene wpadł w moje ręce razem z innymi kosmetykami, które dostałam w ramach organizowanej Konferencji Meet Beauty. Szczerze, nawet nie zamierzałam go używać. Ale jak to już w życiu jest - jak się czegoś nie chce, to trzeba to zrobić:) 
Samoopalająca mgiełka do ciała  w luksusowy sposób pielęgnuje oraz pozwala stopniowo uzyskać złocisty odcień skóry. Dzięki dwufazowej formule mgiełki, produkt równomiernie się rozprowadza i błyskawicznie wchłania, pozostawiając subtelny i piękny zapach na skórze. Zapewnia efekt idealnie opalonej skóry, bez smug i przebarwień już po kilku godzinach. Intensywność opalenizny zależy od ilości użyć.
Po powrocie z Majorki skóra zaczęła mi się złuszczać z całych rąk i dekoltu. Wyglądało to okropnie. A za tydzień miałam iść na wesele... Peelingi pomogły w niewielkim stopniu, ale musiałam coś wymyślić, żeby nie było widać różnicy w kolorze skóry. Pewnego ranka, przed wyjściem do pracy postanowiłam, że wypróbuję mgiełkę brązującą Lirene. Nie uwierzycie jak pożałowałam decyzji. Mgiełka co prawda fantastycznie rozprowadza się po ciele nie zostawiając smug. Opalenizna jest bardzo delikatna i równomierna. Jednak olejek okropnie pachnie. Przez 8 godzin w pracy nie mogłam się skupić dosłownie na niczym, tylko na tym, że moje ciało ma dziwny zapach. Nawet nie potrafię go opisać. Jest po prostu wstrętny i ciężko go zmyć. Olejek odłożyłam w kąt i pewnie już więcej po niego nie sięgnę. 
Dzień przed weselem kupiłam za około 2 zł chusteczki samoopalające i posmarowałam punktowo miejsca, które chciałam przyciemnić by zrównały się z resztą skóry. Efekt był zadowalający. Z daleka nie było widać żadnej różnicy. 

Używając mgiełki brązującej, utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że naturalna, delikatna opalenizna jest zdecydowanie lepsza od tej sztucznej. 
Napiszcie w komentarzach czy stosujecie samoopalacze i jak się u Was sprawdzają.

Do następnego!
Dwustronna kredka do brwi Lily Lolo, Costasy

Dwustronna kredka do brwi Lily Lolo, Costasy

Ostatnio na moim blogu zagościły na dłużej kosmetyki kolorowe. To właśnie na nich skupiam się teraz najbardziej. Oczywiście nie zapominam, że pielęgnacja to Wasz ulubiony temat, jednak troszeczkę odmiany na pewno nie zaszkodzi. Nie ukrywam, że w planie mam jeszcze kilka tego typu postów, ale wszystko po kolei.
Dzisiaj "zajmiemy się" moimi niesfornymi brwiami, które przypominają mi moje niesforne włosy. Niestety w żaden sposób nie da się ich "okiełznać". Też tak macie? Nawet specjalny wosk do brwi sobie z nimi nie radzi. Nie dość, że wywijają się na wszystkie możliwe strony to w dodatku są rzadkie, dlatego bez uzupełniania ich kredką się nie obejdzie.
Moimi faworytami w makijażu brwi są cienie, jednak nie da się nimi dorysować "brakujących" włosków. Dlatego niezastąpionym pomocnikiem jest brązowa kredka.
Kredka, która umożliwi bardzo precyzyjne podkreślenie brwi. Końcówką kolorową wypełnisz luki między włoskami i nadasz brwiom odpowiedni kształt, końcówka z rozświetlaczem pozwoli natomiast uzyskać efekt optycznego uniesienia całego łuku brwiowego.
Kredkę Lily Lolo Costasy używam od około 3 tygodni praktycznie codziennie, więc znam się już z nią dość dobrze i nawet ją polubiłam. Kredki można kupić w dwóch wariantach: light oraz medium. Mój wybór trafił na ciemniejszą wersję czyli medium i trafiłam idealnie. Kredka jest bardzo precyzyjna, dzięki czemu doskonale podkreśla brwi i nadaje im wyrazistego kształtu. Ma dwa końce: brązowy i beżowy. Brązowa końcówka jest bardzo dobrze napigmentowana, przez co delikatnym ruchem bez problemu uzupełniam włoski. Natomiast beżowa strona jest bardzo jasna, ale fajnie podkreśla łuk brwiowy.

Sposób użycia kredki jest bardzo prosty:
KROK 1
Aby kredka ładnie uzupełniała włoski, należy ją dobrze zatemperować. Końcówką kolorową lekkimi, pojedynczymi ruchami wypełniamy luki między brwiami. Na załamaniu i końcu łuku nakładamy więcej koloru. Obszar brwi bliżej nosa zostawiamy jaśniejszy. Rozcieramy kolor za pomocą szczoteczki lub pędzelka do brwi i delikatnym ruchami blendujemy - tak, aby efekt był w miarę naturalny.
KROK 2
Rozświetlaczem, podkreślamy miejsce pod załamaniem łuku brwiowego. Następnie rozcieramy go delikatnie palcem.

Efekt jaki uzyskuję możecie zobaczyć w poprzednim makijażowym poście - tutaj. Nie ukrywam, że od jakiegoś czasu bardzo polubiłam się z naturalnymi kosmetykami Lily Lolo. Są one dla mnie bardzo cenne, szczególnie przez ich lekkość, konsystencję i trwałość. Fantastycznie sprawdzają się podczas całego dnia spędzonego poza domem. Dlatego jeśli wykonuję całodniowy makijaż to najczęściej sięgam po minerałki, a kredka do brwi Duo Pencil potwierdza tylko mój wybór.
Napiszcie jak sobie radzicie z brwiami i czy macie jakiś sprawdzony sposób na ich "okiełznanie"! 

Mam ogromną prośbę do osób posiadających konta na facebooku. Na portalu Sukces jest Kobietą trwa plebiscyt w którym biorę udział. Trzy tzw. TESTERKI SUKCESU mogą wygrać wywiad w 4. edycji książki „SUKCES JEST KOBIETĄ”. Natomiast osoby głosujące na daną blogerkę mają szanse na weekendowy wyjazd do SPA lub zdobycie zestawu kosmetyków.
Co należy zrobić? 
- w komentarzu pod moim zdjęciem dodać swoją oryginalną definicję SUKCESU - klik 
- udostępnić zdjęcie
- polubić FB Sukces jest Kobietą

Plebiscyt trwa do 06.10.2017 r. Zapraszam serdecznie do zabawy i z góry dziękuję za każde wsparcie. 
Gierki małżeńskie czyli jak lubimy spędzać deszczowe weekendowe wieczory

Gierki małżeńskie czyli jak lubimy spędzać deszczowe weekendowe wieczory

Jesień to pora, która z jednej strony cieszy, zwłaszcza wtedy gdy jest kolorowa i słoneczna, ale z drugiej strony jest dość ponura i często daje nam mocno w kość. Deszcz, kalosze, parasol, krótkie dni, ciepłe swetry, wieczory spędzone przed telewizorem - z tym najczęściej kojarzy się nam ta pora. Dla mnie jednak to czas, w którym razem z mężem mamy dla siebie zdecydowanie więcej czasu. Jak go sobie lubimy uatrakcyjnić? 

Z PUNKTU WIDZENIA KOBIETY
D/
Jesień to dobra pora do nadrabiania zaległości. Razem z mężem nadrabiamy wtedy swoje ulubione seriale i filmy. Ciepła herbatka czy winko i wieczór zapowiada się fantastycznie. Lubimy też zagrać czasem wspólnie w grę komputerową, chociaż ostatnio zdarza nam się to bardzo rzadko. Jesienią mamy również więcej czasu na przygotowanie wspólnie smacznych kolacji - jak już kiedyś wspominałam, mamy przy tym zawsze niezły ubaw.  

Z PUNKTY WIDZENIA MĘŻCZYZNY 
M/
Wspólnego spędzania czasu nigdy za wiele. Szczególnie po lecie, pełnym przeróżnych zajęć i wytężonej pracy, jest to szczególnie wskazane. Dobrym pomysłem, o ile pozwala na to pogoda, jest wieczoru przy ognisku. Pieczona kiełbasa i ziemniaki to smaki, które zdecydowanie kojarzą się z jesienią. Natomiast jeśli pogoda niezbyt dopisuje rozrywek szukamy w domu :) Sprawdzonym sposobem jest wspólne oglądanie filmów lub seriali. Oboje lubimy horrory, a wcześnie zapadający wieczór sprzyja oglądaniu tego gatunku. Oprócz tego są jeszcze gry towarzyskie lub planszowe. We dwójkę czy w większym gronie, to dobra zabawa i fajny sposób na spędzenie wieczoru. Najczęściej wybór pada na Scrabble lub Gierki Małżeńskie. Przygotowując się na jesień i zimę na pewno kupię jakąś nową planszówkę. Mam już nawet kilka upatrzonych.
Gierki Małżeńskie to gra towarzyska ilustrowana rysunkami Andrzeja Mleczki. Gra zapewnia świetną zabawę, dużo uśmiechu i pozwala nam dowiedzieć się wiele nowych rzeczy o drugiej osobie. Rozrywkę można przeprowadzić na dwa sposoby: we dwójkę lub w szerszym gronie (maksymalnie 4 pary). W obu przypadkach zasady są bardzo podobne.
Na plansze wykładamy pionki oraz 4 rodzaje kart (znamy się, skojarzenia, kalambury, między słowami). Do dyspozycji mamy jeszcze: żetony kupidyna, żetony zwycięstwa (wersja dla pary), klepsydrę, tabliczki do rysowania, tabliczkę z obrotową butelką, flamastry suchościeralne i vouchery. Wszystkie te rzeczy potrzebne są do rozpoczęcia zabawy. Grę rozpoczyna kobieta, ruszając o jedno pole do przodu, wykonując kolejno zadania z kart. Zadania dzielą się na cztery kategorie:

1. Znamy się - kategoria, która jest poniekąd wyzwaniem dla pary. Tutaj możemy się dowiedzieć wiele ciekawych rzeczy na swój temat oraz sprawdzić jak dobrze się znamy. Czasem pytania są naprawdę podchwytliwe i do dłuższego przemyślenia, a na to zadanie mamy jedynie 30 sekund.
2. Skojarzenia - losujemy kartę z rysunkiem i w ciągu 30 sekund wypisujemy max 6 skojarzeń, jakie przychodzą nam do głowy na widok tej ilustracji. Punkcik otrzymujemy wtedy gdy dwa skojarzenia się ze sobą pokryją. Uwierzcie mi nie jest łatwo. Ta kategoria udowadnia, że kobiety mają całkiem inne skojarzenia niż mężczyźni.
3. Kalambury - tutaj zasad chyba nie muszę tłumaczyć. W tej konkurencji mamy takie kategorie jak: pozycje miłosne, tytuły filmów i przysłowia. Czas na odgadnięcie hasła to 60 sekund.
4. Między słowami - musimy naprowadzić partnera słowami do odgadnięcia hasła. Nie możemy mówić zdaniami, wydawać dźwięków naśladowczych i pokazywać rękami. Na odgadnięcie hasła mamy 30 sekund.

Wygrywa osoba/para, która zdobędzie najwięcej żetonów. W przypadku gry we dwójkę, do wygrania jest voucher. Aż 180 minut sprzątania, prasowania, gotowania lub seksu. Przegrany deklaruje, że "usługi" świadczyć będzie bez marudzenia :)


 Wersja dla jednej pary
 Wersja dla czterech par
Jestem ciekawa jak Wy spędzacie ponure, jesienne dni w domu. Dajcie znać w komentarzach, może podsuniecie nam nowym pomysł :)

Do następnego!
Copyright © 2014 Dyed Blonde , Blogger