Pod pantoflem?

Pod pantoflem?

Koszula nocna - Gamiss 

Pantofel to miękkie, komfortowe obuwie przeznaczone do chodzenia po domu. W przenośni "pantofel" to mężczyzna, który jest zdominowany całkowicie przez swoją kobietę. Nie robi nic bez zgody swojej wybranki i bez słowa sprzeciwu wykonuje jej polecenia, jest nawet gotowy zrezygnować ze wszystkiego co lubi, aby nie podpaść swojej kobiecie. Czy pantoflem może być kobieta? Teoretycznie nie, jednak w praktyce wygląda to trochę inaczej. 

Dzisiaj razem z mężem opowiemy jak to jest u nas. Czy i kto jest "pantoflem" i jak to odbierają ludzie z zewnątrz? Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam. 

Z PUNKTU WIDZENIA KOBIETY
D/ "Pantofel" - nigdy z moich ust nie padło takie sformułowanie. Jednak od osób nas otaczających słyszałam wiele razy, że mam męża "pod butem". Trochę to dziwne, ponieważ słyszałam również, że sama za bardzo mu "nadskakuję". Ale czy to coś złego? Odkąd się poznaliśmy, spędzamy ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę - nie z obowiązku, ale z przyjemności. Dla nas jest to coś normalnego i naturalnego, jednak wiele osób ma swój pogląd na ten temat. My po prostu lubimy swoje towarzystwo i strasznie nad tym ubolewamy, że ostatnio z powodu nadmiaru obowiązków, brakuje nam dla siebie czasu.
Według mnie, słowo "pantofel" nadużywane jest przez "wolnych strzelców" i przez wścibskie osoby, które nie potrafią zająć się własnym życiem, tylko lubią wtrącać się w nie swoje sprawy. Nie różni się to niczym od obgadywania - nie ważne co, ważne by o kimś mówić. Osoby z zewnątrz, z reguły widzą tylko to co chcą zobaczyć.
"Pantofel/Pantoflarz" jest osobą, która nie ma w ogóle swojego zdania, jest niesamodzielny i musi być sterowany przez drugą osobę. W takim razie ani ja, ani mój mąż "pantoflami" nie możemy się nazwać. Oboje jesteśmy dość uparci i w wielu sprawach każdy ciągnie w swoją stronę. Jednak szybko dochodzimy do kompromisów i wspólnego zdania. Jeśli już coś robimy to tak, aby nam obojgu to pasowało. Zdarza się jednak, że nasze zachowania/wybory są krytykowane przez innych.
Przykład:  jesteśmy dwa lata po ślubie (trzeci rok po zaręczynach) i jak to możliwe, że nie mamy jeszcze dziecka? O co chodzi? Czyżby to była nasza decyzja, która nie wszystkim pasuje? :)

Z PUNKTU WIDZENIA MĘŻCZYZNY
M/ Czy ja jestem "pantoflem"? Czy to, że stawiam żonę na pierwszym miejscu, liczę się z jej zdaniem, chcę żeby była zadowolona, dobrze się bawiła, robi ze mnie "pantofla"? Czy to, że sam nie mając wyrobionego zdania w niektórych sprawach, zdaję się na zdanie żony, sprawia, że jestem "bez kręgosłupa"? Czy to, że przy ustalaniu planów na wieczór, najpierw pytam żonę na co ma ochotę, sprawia, że jestem "miękki"? Ja uważam, że nie :) A Wy?

Napiszcie w komentarzach jak to jest u Was.

Do następnego! 
Długi kardigan i legginsy

Długi kardigan i legginsy

Od wczoraj razem z mężem odpoczywamy w Hotelu Belweder w Ustroniu, co widzieliście już na moim Instagramie. Staram się nabrać siły do dalszych działań. Taka regeneracją potrzebna jest chyba każdemu. Oczywiście, krótką relację postaram się dodać wkrótce na bloga.

Pomimo, iż mamy "napięty grafik" postanowiłam znaleźć chwilkę, żeby nie robić sobie zaległości. Lubię być systematyczna, a kiedy sobie coś postanowię, staram się to realizować. Dlatego dzisiaj przychodzę do Was z moim ulubionym jesiennym lookiem, czyli długiem kardiganem, legginsami i botkami. Tej jesieni stawiam przede wszystkim na wygodne. Luźne kardigany są do tego idealne, a ponadto dają szerokie możliwości w stylizacjach, podkreślając przepięknie całość. Pasują zarówno do ciepłych swetrów, ramonesek oraz dresowych sukienek. Ja najlepiej czuje się w wersji luźny kardigan i legginsy. Dla mnie to komfortowy look, który sprawdzi się zarówno podczas spacerów jak i zakupów. Z chęcią też wybieram się tak do pracy. Mam nadzieję, że moja wersja jesiennej stylizacji się Wam spodoba. Czekam na Wasze opinie w komentarzach! 

Zdjęcia oczywiście wykonaliśmy w malowniczym Ustroniu, słońce tak pięknie dzisiaj świeciło, że aż szkoda było tego nie wykorzystać. 
Sweter - H&M
Spodnie - Gamiss
Buty 1, 2 - CCC
Do następnego!
Współpraca blogowa - jak to naprawdę wygląda

Współpraca blogowa - jak to naprawdę wygląda

Blogowanie to wbrew pozorom nie taka łatwa sprawa. Zwłaszcza gdy nie jest to jedyne zajęcie jakie się wykonuje. Praca na pełny etat plus blogowanie, wiąże się z napiętym grafikiem, ściskaniem zębów i dużą ilością dodatkowych obowiązków. Niektórzy twierdzą, że jest to zabawa, może i tak. Jednak przede wszystkim jest to ciężka praca, praca na drugi etat.

W dzisiejszym poście dowiecie się czym tak naprawdę jest blogowanie, jak wygląda współpraca i jak nie wplątać się w tarapaty podpisując umowę. Jeśli jesteście ciekawi przeczytajcie post do końca. 

Czym się różni praca na pełny etat od blogowania?
Praca na pełny etat to praca o stałych godzinach. Zaczynasz pracę o 8.00, kończysz o godzinie 16.00 i tak z reguły wygląda cały tydzień od poniedziałku do piątku (chyba, że pracujesz w systemie zmianowym, wówczas doliczasz do tego weekendy, a czasem święta). Dla wielu osób to idealne życie. O godzinie 16.00 zaczyna się czas dla siebie i rodziny. Sama w tym momencie tak pracuję i muszę przyznać, że ma to swoje plusy i minusy. Największym minusem w takim systemie pracy jest monotonia. Codziennie, wykonujesz te same czynności. Wstajesz rano, zbierasz się, jedziesz do pracy, próbujesz przetrwać 8 godzin, wracasz do domu i starasz się przedłużyć wieczór najdłużej jak się da, ale o godzinie 22.00 zasypiasz zmęczona. Tak przez całe 5 dni. Plusem pracy na pełny etat jest stała pensja, o której przy blogowaniu nie ma mowy. 
Natomiast blogowanie to praca na pełny/drugi etat, jednak tutaj, żeby coś zarobić musisz zdobyć zlecenie. Tak naprawdę, sama walczysz o wynagrodzenie godzin spędzonych przed komputerem. Bo przecież nie oszukujmy się: pasja, pasją ale żyć z czegoś trzeba, a dekoracje do zdjęć nie biorą się z kosmosu. Blogowanie jest zdecydowanie przyjemniejsze od zwykłej pracy. Tutaj praktycznie o wszystkim decyduję się samemu, w zasadzie można pisać kiedy i o czym tylko się chcę. Wyjątkiem jest podpisana umowa - wtedy temat zazwyczaj jest narzucony, a napisany tekst musi przejść weryfikację zleceniodawcy. Jednak o tym też decyduje się samemu, jeśli nie chcemy o czymś pisać, po prostu nie podpisujemy umowy i tym samym nie zarabiamy.

Kiedy podjąć współpracę i jaką formę wybrać? 
Kiedyś temat współpracy blogowej był tematem tabu, teraz mówi się o tym głośno, a na wielu blogach, można znaleźć wskazówki dotyczące tego jak zacząć współpracę. Współpraca blogowa absolutnie nie jest czymś złym. Każda blogerka, każdy bloger wcześniej czy później podejmuje takie działanie. Współpraca to korzyść nie tylko dla blogera czy zleceniodawcy, ale również dla czytelnika. Spytacie jak to dla czytelnika? Po prostu: bloger doceniony, to lepszy bloger. Nawet z największej pasji, która nie przynosi efektów można się wypalić... Wiadomo, dla blogera motywacją są przede wszystkim czytelnicy, ale tak jak już wcześniej wspominałam piękne dodatki do zdjęć, dobry aparat czy lepsza lampa nie bierze się znikąd.
Osoby, które zaczynają przygodę z blogowaniem muszą uzbroić się w cierpliwość bo nie od razu zaczyna się zarabiać. Może nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale wiem ze swojego doświadczenia, że aby zacząć współpracować z firmami, trzeba pokonać nie jedną "krętą drogę". Ja swoją pierwszą współpracę zaczęłam bodajże w marcu 2015 r. Wtedy tak naprawdę mój blog zaczął się rozwijać, a ja zaczęłam widzieć efekty ze swoich "wypocin". Nie od razu jednak była to współpraca na zasadzie postu sponsorowanego. Firmy zdecydowanie wolą współpracę barterową.

PODSTAWOWE FORMY WSPÓŁPRACY BLOGOWEJ 
Standardową formą współpracy blogów urodowych i modowych jest barter, czyli bezgotówkowa wymiana towarów lub usług (produkt = post). Firmy uwielbiają tak współpracować. Dlaczego? Za udostępnienie towaru otrzymują reklamę, czyli wpis na blogu.
Kolejną lubianą przez firmy (zwłaszcza chińskie markety) formą współpracy jest baner reklamowy. W zależności od ilość odsłon na blogu, otrzymuje się propozycję jednorazowego wynagrodzenia. Jest to dość prosta współpraca, bo ze strony blogera wymaga jedynie udostępnienia reklamy na swojej stronie. Ja nie przepadam za tą formą współpracy, zawsze odpycha mnie jak wchodzę na blogi, w których na pierwszym miejscu są reklamy.
Współpraca, która daje chyba największą korzyść blogerowi to współpraca na zasadzie wpisu sponsorowanego. W tym przypadku dobrze jest sobie ustalić indywidualny cennik, oczywiście w zależności od ilości odsłon na blogu.

Klikając na moim blogu w etykietę WSPÓŁPRACA zobaczycie, jakie formy współpracy ja preferuję. W tym momencie mi wystarczają, jednak myślę, że w przyszłości rozszerzę swoje działania.

CO Z UMOWĄ? 
Po pierwsze musisz wiedzieć, że nie tylko firma może wymagać! Znaj swoją wartość i walcz o swoje. Jeśli widzisz, że umowa nie jest do końca taka jakiej się spodziewałaś negocjuj, pytaj, a przed podpisaniem przeczytaj ją kilkukrotnie. Sprawdź czy małym druczkiem nie ma gdzieś haczyków. Ja przed podpisaniem umowy daję ją zawsze do przeczytania kilku osobom. Jeśli nie macie kogoś zaufanego warto skorzystać z porad kancelarii prawnych zajmujących się tym, oraz innymi działaniami (odszkodowania za pomówienia, odszkodowania z tytułu nienależycie wykonanej umowy, odszkodowania z oc).

Podejmując współpracę należy pamiętać, że jest to coś w rodzaju obustronnych relacji, w tym przypadku blogera i zleceniodawcy. Aby współpraca była udana najlepiej określić swoje cele i się ich trzymać.

Mam nadzieję, że post okaże się przydatny. Dajcie znać jak to jest u Was.

Do następnego! 
Ritual Hair Party z marką Remington

Ritual Hair Party z marką Remington

W poprzednią sobotę, 7 października, miałam okazję uczestniczyć we wspaniałym spotkaniu blogerek, którego motywem przewodnim była premiera nowej linii Keratin Protect marki Remington. Samo spotkanie było fantastycznym przeżyciem. Miałam okazję poznać świetne dziewczyny, dla których, podobnie jak dla mnie, blogowanie to ogromna pasja. Dowiedziałam się wielu przydatnych informacji, które pomogą mi w dalszym rozwijaniu bloga, ale przede wszystkim miałam przyjemność "zapoznać się" z nową linią produktów do stylizacji włosów marki Remington.
Z Tarnowa do Warszawy wyjechałam razem z mężem w sobotę rano, około godziny 6.00. Spotkanie rozpoczynało się o 13.00 więc mieliśmy sporo zapasu, ale nie bez powodu. W ten dzień wstałam o godzinie 5.00 i jedynie umyłam oraz wymodelowałam włosy. Nie zamierzałam robić makijażu. Z doświadczenia wiem, że pełny make-up w trasie się nie sprawdza. Dlatego postanowiłam, że zrobię go w samochodzie. Potraktowałam to trochę jako wyzwanie.  Wyszło całkiem dobrze. Udało nam się nawet znaleźć łazienkę gdzie mogłam spokojnie się przebrać i poprawić fryzurkę.
W Warszawie byliśmy już około godziny 12.00, ale przez korki w RITUAL Cocktail Club byłam dopiero o 12.55 - na szczęście zdążyłam. Już na samym początku spotkania poznałam dziewczyny z dużym poczuciem humoru, dzięki czemu ten dzień był jeszcze bardziej pozytywny.
Ritual Remington Party rozpoczęło się przywitaniem uczestniczek. Każda z dziewczyn przedstawiła swojego bloga i opowiedziała o sobie kilka ciekawych rzeczy -  praktycznie każda ma kota, tylko nie ja :( Po przywitaniu uczestniczek miałyśmy czas na lunch. Zdecydowanie najbardziej ze wszystkich dań smakowały mi roladki z tortilli i krewetki. Później wszystkie postanowiłyśmy sfotografować muffinki, które wyglądały tak pięknie, że szkoda było je jeść.
Kolejnym etapem spotkania była prezentacja SEO, którą poprowadził Paweł Pawluk z SalestubePierwszy raz wysłuchałam całej prezentacji i się nie nudziłam. Paweł w bardzo interesujący sposób poruszył tematy, które pomogą nam w rozwijaniu bloga np.: słowa kluczowe, błędy jakie popełniamy podczas tworzenia wpisu oraz dbanie o jakość treści. Natomiast Kamila Krówczyńska z Salestube opowiedziała nam jakie błędy popełniają blogerki i firmy podczas podejmowania współpracy. Fajnie było dowiedzieć się, co powinno, a czego nie powinno się robić. Są to cenne wskazówki, które warto wziąć pod uwagę podczas blogowania. Między prezentacjami, Kamila przedstawiła nam gościa specjalnego, którym była Ania z bloga o pielęgnacji włosów - Anwen - na pewno znacie. 
Punktem kulminacyjnym spotkania była prezentacja nowej linii Keratin Protect marki Remington i testowanie produktów. To nie jest moje pierwsze spotkanie z marką Remington. Sama jestem w posiadaniu prostownicy Keratin Therapy, a od niedawna również suszarki Shine Therapy. Ze swojego doświadczenia wiem, że warto jest zainwestować w lepsze urządzenia do stylizacji włosów, które posłużą nam na pewno przez dłuższy czas i nie będą tak bardzo niszczyć włosów. Jak wiecie moje włosy są cienkie i skłonne do wypadania, dlatego muszę naprawdę się starać, żeby nie naruszyć ich struktury (co nie jest łatwe). Lata prostowania włosów przyczyniły się do ich złej kondycji, przez co teraz muszę korzystać z zabiegów mezoterapii (ale czego się nie robi dla dobrego samopoczucia). Głównym błędem moich stylizacji było używanie niesprawdzonego sprzętu, teraz już tego nie robię. Włosy staram się prostować sporadycznie, używając produktów, które nie narażą ich na zniszczenie, w czym pomaga mi marka Remington.

Nowa linia Keratin Protect jest ulepszoną wersją linii Keratin Therapy. Gwarantuje nam błyszczące, zdrowo wyglądające włosy, dostosowanie ciepła do struktury włosa i 3 razy większą ochronę. Ponadto keratyna zapobiega puszeniu się włosów, wygładza je i wzmacnia. 

Więcej informacji o tych produktach możecie przeczytać tutaj: Remington Keratin Protect.
Jak się sprawdziłam prostownica Keratin Protect na moich włosach? 
Przepiękne fryzury wykonały nam dziewczyny z salonu Atelier Agata Szpejna. Z racji tego, że nie lubię spiętych włosów, postawiłam na loki, a przy okazji mogłam zobaczyć jakie to cuda może zdziałać prostownica Keratin Protect. Moje krótkie włosy zostały uczesane w 10 minut, co było dla mnie dużym szokiem, gdyż sama nie raz męczę się z nimi około godziny, a i tak nie otrzymuje zamierzonego efektu. W rezultacie moje włosy z prostych zmieniły się w błyszczące, delikatne loki - takie które lubię najbardziej, nie puszące się i ujarzmione, co widać na zdjęciach poniżej.
Po przetestowaniu produktów miałyśmy czas na zdobycie autografu Anwen - autorki książki Jak dbać o włosy, wspólne zdjęcie, pogaduchy i toast za udany dzień.
Dla mnie osobiście spotkanie było ciekawym doświadczeniem. Jest mi niezmiernie miło, że mogłam w nim uczestniczyć. Cudowne emocje towarzyszyły mi przez cały dzień. Nawet 10 godzinna jazda samochodem nie była męcząca. Śmiało mogę powiedzieć, że to był naprawdę dobry dzień. Oby więcej takich.

Na koniec jeszcze podzielę się z Wami listą uczestniczek spotkania. Z wielką przyjemnością zapraszam do odwiedzenia ich blogów:

Znacie produkty Remingtona do stylizacji włosów? Co o nich sądzicie? Napiszcie w komentarzach. 

Do następnego! 
Claresa - efekt "kociego oka" na paznokciach

Claresa - efekt "kociego oka" na paznokciach

Bardzo lubię co jakiś czas zmienić sobie kolor paznokci. Z reguły wybieram kolory jednolite (róże, czerwień, błękity), nie przepadam natomiast za wzorkami, gdyż na ich wykonanie potrzebuje znacznie więcej czasu. Może kiedyś się do nich przekonałam, póki co stawiam na proste, klasyczne rozwiązania. 

Stylizacja paznokci sprawia mi jeszcze większą radość, wówczas gdy jej wykonanie jest bardzo proste, a efekt olśniewający. Tak jest w przypadku magnetycznych lakierów hybrydowych marki Claresa. Seria Magnetic Line to połyskujące, mieniące się złotem lakiery hybrydowe, których efektem końcowym jest hipnotyzujące "kocie oko". Wykonanie takiego manicure jest bardzo proste, a rezultaty niesamowite o czym przeczytacie poniżej.
Lakiery Magnetic Line są dostępne na stronie producenta w cenie 19,99 zł / 7 ml. Jak na lakiery hybrydowe są nie drogie, a przy tym dobre jakościowo. 

Konsystencja i napigmentowanie 
Konsystencja lakierów jest dość rzadka, dzięki czemu rewelacyjnie rozprowadza się je na paznokciach. Aby przykryć płytkę paznokcia i zakryć prześwity, wystarczy nałożyć tylko jedną warstwę lakieru. Stąd wiadomo, że produkt jest dobrze napigmentowany. Ja jednak z przyzwyczajenia nakładam dwie warstwy, ale uważam, że jest to zbędne. 

Opakowanie i pędzelek 
Lakier mieści się w standardowym pojemniczku. Ma delikatną szatę graficzną, na której znajdują się podstawowe informacje: nazwa, numer koloru, pojemność i zastosowanie. Pędzelek ma idealną długość, co mi jedynie w nim przeszkadza? - to, że jest prostokątny, a jego końcówka nie jest półokrągła. Przez co ciężko jest się dostać do kącików paznokcia. Pomimo tego dobrze rozprowadza lakier, nie pozostawiając po sobie "włosków".  

Trwałość 
Trwałość z reguły zależy od jakości i wytrzymałości Topu. Z racji tego, że do wykończenia manicuru użyłam produktu z całkiem innej firmy, nie jestem w stanie ocenić wytrzymałości lakierów Claresa.
Nowa formuła Magnetic Line
Kiedy zamawiałam produkty i zobaczyłam lakiery które tworzą efekt "kociego oka" stwierdziłam, że muszę przynajmniej jeden z nich wypróbować. Tak wybrałam odcień Ruby Flash 018. Od razu skojarzył mi się z jesienią i spadającymi liśćmi. Ten odcień to połączenie czterech kolorów w jedno: fioletu, bordowego, rudego i złota, co tworzy ze sobą niesamowity, trójwymiarowy efekt. 

Wykonanie
Wykonanie efektu "kociego oka", praktycznie niczym się nie różni od zwykłego manicuru. W zasadzie tylko tym, że po nałożeniu każdej warstwy lakieru, należy przyłożyć magnes do płytki paznokcia w odległości około 5 mm i przytrzymać 5-10 sekund. Magnes przyciągnie zawarte w lakierze drobinki i utworzy z nich widoczny wzór CAT EYES. 
Lakiery Magnetic Line pokochałam przede wszystkim za to, że są proste w użyciu, a efekt końcowy jest niesamowity. Żałuję tylko, że nie zdecydowałam się zamówić dodatkowo koloru zielonego, myślę, że byłby fantastyczny. 

Dziewczyny, jestem ciekawa czy miałyście już przyjemność sprawdzić lakiery magnetyczne Claresa. Jeśli nie, to koniecznie je wypróbujcie. 

Do następnego! 
Copyright © 2014 Dyed Blonde , Blogger